Gdańsk

Skromna delegacja DW (Woody oraz ja) wybrała się na reklamowany jako „Super Mecz” pojedynek pomiędzy gdańską Lechią a Barceloną z Barcelony ;-). Jedni jechali oddać pokłony Messiemu (6 tysięcy polskich „fanatyków” Barki), inni zobaczyć Neymara (ci to muszą być dopiero wkurwieni…) a jeszcze inni zobaczyć pijanego pirata, Koziołka Matołka i myszkę Miki Gdańsk… Dla każdego coś dobrego (choć na serio to pojechaliśmy szukać wzmocnień dla Newcastle United…). Jednak zacznijmy od początku.

Wyjazd z Warszawy zaplanowany był na 8 rano. Dla mnie to ostatnimi czasy okrutna pora, ale zobaczyć takie gwiazdy jak Grzelczak czy Duda Messi czy Neymar wymaga sporego poświęcenia. Pociąg w miarę pusty, więc zaczęło się całkiem przyjemnie. Legionowo, Nowy Dwór, Nasielsk, Ciechanów itd… aż do samego Gdańska. Na miejscu byliśmy ok. 15:00. Dalej bez chwili zawahania postanowiliśmy zobaczyć Neptuna coś zjeść. Początki nie były za łatwe. Wszędzie drogo, tłumy, wycieczki z Niemiec, myszka Miki, pomalowani przebierańcy. Jednym słowem pchli targ pełną gębą. Gdy udało się odszukać pana Neptuna z widelcem w łapie (musiałem go zobaczyć – to tak jak być w Warszawie i nie iść na zakupy do Złotych Tarasów – prosto z pociągu…) udaliśmy się na posiłek. Tym razem poszło nam trochę łatwiej i zakotwiczyliśmy w całkiem przystępnym miejscu. Czekając na Pepelino umilaliśmy sobie czas piosenkami Sylwii Grzeszczak piwkiem oraz oglądaniem wynalazków z klubu kibica Barcelony. Z Pepelem pogadaliśmy o sprawach bieżących i wróciliśmy na dworzec w celu udania się koleją SKM po stadion. Wcześniej jeszcze mieliśmy wątpliwą przyjemność skorzystania z dworcowej toalety za 2,50 od łebka (co to za cena?! wszystkie kajuty zajęte a płacić każą! Gdzie bilety grupowe i zniżki dla kibiców?). Potem szybka wizyta u buka (nie dał nic wygrać niestety…) i transport w okolice stadionu. Tam dopiero zobaczyliśmy jak dużo fanów klubu z Katalonii przybyło do Gdańska… Pod stadionem nie obyło się bez kłopotów. Pepel bardzo mocno chciał odprowadzić nas pod sam stadion, co uniemożliwiła mu jednak ochrona ;-). Na trybunach byliśmy dobre półtorej godziny przed meczem. Stadion był praktycznie pusty. Czekając na mecz raczyliśmy się stadionowym „piwkiem” w promocyjnej cenie 10 zł. Człowiek wydałby fortunę na to nie wiadomo co a i tak wyszedłby trzeźwy ze stadionu… Takie czasy. Nareszcie mecz! Od początku było widać, że spotkanie zmobilizowało jedynie… kibiców Barki z Polski (okolicznościowe koszulki, efektowna oprawa). Piłkarze z Hiszpanii nie podzielali entuzjazmu swoich kibiców. Stwierdzenie, że grali na 30% byłoby mocno na wyrost. Dwa razy na prowadzenie wychodziła Lechia i dwa razy Barcelona doprowadziła do kontrolowanego remisu. Na koniec spotkania stwierdziliśmy, że taki wynik to ukłon dla Lechii w związku z perypetiami z pierwotnym terminem rozegrania tego „Super Meczu”. Końcowy gwizdek oraz pokaz sztucznych ogni oglądaliśmy już z przystadionowego parkingu w drodze na kolejkę SKM. Tutaj muszę poświęcić kilka słów dla organizacji powrotu z meczu. Podstawiona SKM-ka pod stadion wydawała sie nie mieć końca. Miałem wrażenie, że koniec SKM-ki stoi na stacji przy stadionie a jej początek… na stacji Gdańsk Główny ;-). Mimo tego służby porządkowe nie pozwalały wsiadać do pierwszych z brzegu wagonów tylko ciągle kierowały nas na początek składu. Tam całą akcją dowodził niejaki pan Arnold. Efekt jego koordynowania był taki, że początek składu wyglądał jak puszka sardynek (i to piszę całkiem serio… brakowało tlenu zanim ruszyliśmy) a na końcu SKM-ka przewoziła w wagonach powietrze… Szkoda, że pan Arnold nie miał okazji jechać z nami w tym pociągu to może inaczej skoordynowałby swoje działania dla kolejnej grupy kibiców. Na stacji w Gdańsku nabyliśmy niezbędny prowiant i ruszyliśmy w drogę powrotną. Tutaj już nie było taki miło i luźno jak w drodze do Gdańska. W przedziale było już 5 osób, więc razem z nami był już prawie komplet. Dodatkowo trafił się nam w przedziale bardzo oryginalny egzemplarz, który umilał nam drogę do samej Warszawy ;-). Starszy pan jechał z małżonką (?) do Radomia, ale jego zachowanie potrafiło rozbawić wszystkich. Człowiek miał dar usypiania w przeciągu minuty w każdej możliwej pozycji, co wyglądało czasami bardzo komicznie. Do tego na koniec wdał się w słowną utarczkę z gościem dosiadającym się w Kutnie 😀 i w ten sposób zostałem nazwany panem „łun” (co łun mówi?… bo nie słyszę…) :-). W Warszawie zameldowaliśmy sie parę minut po godzinie 6:00. Kilkanaście godzin w pociągu zrobiło swoje. Ledwo żyłem, ale wyjazd oceniam jako bardzo pozytywny i wesoły. Pogoda dopisała, mecz niekoniecznie, ale najważniejsza przeca jest przygoda! :-).

PS. Pepel dzięki za wizytę i logistykę pod stadion. Do zobaczenia w Ustce!

(DW on Tour 2013)

ZDJĘCIA Z WYJAZDU (LECHIA – BARCELONA, 30.07.2013)