Siedzę sobie dzisiaj grzecznie w pracy aż tu nagle otrzymałem maila od Jarka Kolińskiego z „Przeglądu Sportowego”.  Od razu pomyślałem : oho, pewnie będzie coś o Siwym, że znowu robi lipę na ławce trenerskiej, że brak wyników/stylu i to wszystko, co powtarzamy od wielu miesięcy/lat. Zatem cytuje Pana Jarka: „Cześć. Prosiłeś jakiś czas temu, bym coś napisał o Newcastle. Pochyliłem się dziś nad Twoim panem Siwym 🙂„. Już wiedziałem, że będzie dobry tekst. Poniżej oryginalna treść z bloga Funny Old Game

Alan Pardew przeszedł do historii angielskiej Premier League. Nie, wcale nie wygrał cztery razy z rzędu mistrzostwa (byłby lepszy od Aleksa Fergusona), ani nie poprowadził Newcastle do 50 kolejnych spotkań ligowych bez porażki (byłby lepszy od Arsene’a Wengera). Ale uczciwie zapracował na inne osiągnięcie: dostał najwyższą w historii karę dyscyplinarną.

Jeszcze żadnemu menedżerowi w angielskiej ekstraklasie nie zdarzyło się dostać aż 7 meczów dyskwalifikacji. Mało tego, przez pierwsze cztery Pardew ma zakaz zbliżania się nie tylko do ławki rezerwowych, ale w ogóle do stadionu. Ot, na wypadek, gdyby znowu zaświtała mu myśl uderzania kogoś głową. Tak jak to zrobił w niedawnym meczu przeciwko Hull, gdy w taki sposób wyraził niezadowolenie z zachowania Davida Meylera. Różne rzeczy w piłce widzieliśmy, ale tego jeszcze nie – trener piłkarski ubrany w koszulę i krawat bije głową, jak chuligan w pubie ubrany w dres. Ale być może jeszcze bardziej niedorzeczne było jego tłumaczenie: „Nie chciałem go uderzyć. Chciałem odepchnąć”. Tak, Pardew chciał tylko odepchnąć rywala. Odepchnąć głową.

Jeśli miałbym typować, kogo stać byłoby na takie zachowanie, bez wahania wskazałbym właśnie na Pardew. „Daily Telegraph” nazywa go „szklarzem z południa Londynu. Zuchwałym, bezczelnym, a przyparty do muru, agresywnym i konfrontacyjnym”. Na taką opinię pracuje się latami, a nie tylko jednym niekontrolowanym zachowaniem. I pomyśleć, że to dyżurny kandydat na selekcjonera, marzy mu się ta posada, jednocześnie podkreśla, że w gabinecie ma plakat sir Bobby’ego Robsona, menedżera z klasą. Pardew klasy nie ma. Umie co prawda przepraszać, ale zbyt często ma za co. W 2006 roku jako menedżer West Hamu tak arogancko cieszył się ze strzelenia gola, że niemal zaprosił Arsene?a Wengera „na solo”. Gdyby nie sędziowie, to pewnie skoczyliby sobie do oczu:

Nie spodobało mu się, jak się cieszyłem z gola i prawdopodobnie miał rację. Przeprosiłem go i cały Arsenal – powiedział później. W 2012 roku kajał się z kolei przed sędzią asystentem Peterem Kirkupem. W starciu z Tottenhamem podszedł do niego i odepchnął go (jeszcze wówczas do odpychania używał rąk), za co wyleciał na trybuny. – Wstydzę się tego, to było komiczne, co zrobiłem. Oczywiście później go przeprosiłem – stwierdził po ostatnim gwizdku. W styczniu tego roku zwyzywał przy linii bocznej Manuela Pellegriniego, szkoleniowca Manchesteru City. Tłumaczenie to samo: przepraszam, nie chciałem, poniosło mnie, po prostu mecz był pełen emocji.

Zapytano kiedyś Jose Mourinho, z którym menedżerem Premier League najbardziej bałby się konfrontacji. Odparł żartem, że z Big Samem, nawiązując do gabarytów Allardyce’a. Ale gdyby na to pytanie na poważnie odpowiadali trenerzy w Anglii, z pewnością wskazaliby na Pardew, notorycznie przekraczającego granice dobrego wychowania. On z jednej strony dodaje angielskiej ekstraklasie – jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało – uroku, bo przecież dzięki takim pełnym pasji ludziom w Premier League ciągle coś się dzieje. Ale z drugiej przynosi hańbę, gdyż nie raz i dwa słyszymy, jak to władze ligi dbają o reputację, czystość gry i ogólną kulturę.

Pardew nie umie się kontrolować, a co dziwne, często nie potrafi nawet w meczach zwycięskich. Z Arsenalem West Ham wówczas wygrał, z Tottenhamem też. Z Hull również i to 4:1. Było to drugie z rzędu zwycięstwo Srok, można było więc zacząć powoli myśleć, że Pardew z zespołem mozolnie, bo mozolnie, ale wychodzi z dołka (wcześniej: 3 porażki z rzędu, 4 kolejne mecze bez gola). Menedżer zrobił jednak wszystko, by kompletnie to popsuć. Władze Newcastle miały idealny powód, by za tak hańbiące zachowanie wyrzucić go z klubu, ale ostatecznie otrzymał rekordową grzywnę – 100 tysiące funtów. Ale trochę się im dziwię. Gdyby wręczyły Pardew dyscyplinarkę, nie musiałyby płacić mu aż 10 mln funtów odprawy (jego kontrakt wygasa dopiero w 2020 roku). A tak będą ciągle zakładnikami menedżera, który – delikatnie mówiąc – nie ma wyników.

Właściciel Newcastle ma przynajmniej pewność co do jednego – do końca kwietnia Pardew nie przyniesie mu wstydu.

link do tekstu na blogu Jarka Kolińskiego:
http://funny-old-game.przegladsportowy.pl/2014/03/12/bezczelny-szklarz-z-londynu/

Mój komentarz do artykułu: Bardzo trzeźwe spojrzenie na sytuację. Abstrahując od (nie)umiejętności menedżerskich tego „pana” (celowo przez małe „p”), zachowanie poniżej wszelkiej krytyki. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że podobne zachowania „przypadkowo” zdarzają się coraz częściej panu Pardew. Szkoda, że wizerunek Newcastle United opiera się głównie na wyczynach jego pseudo-menedżera a nie na wynikach czy pozycji w tabeli. Dlaczego nie można było wykorzystać kolejnej wychowawczej wpadki AP w celu usunięcia/pozbycia się/wyrzucenia na zbity pysk (do wyboru, do koloru) tego pana z klubu?! Kiedy skończy się cierpliwość do tego człowieka? Czy 1:0 na Old Trafford i White Hart Lane rozgrzesza ze wszystkiego? Przykre…