Tag: wyjazd

Division Warsaw na meczu z „Młotami”

Kolejna wyprawa do Newcastle i zasłużona wygrana „Srok” stała się faktem. Niemalże w szóstą rocznicę naszego nieszczęsnego wypadu na mecz z Cardiff, tym razem udaliśmy się z Woody’m na spotkanie z „Młotami”.

Mając na uwadze błędy popełnione podczas tamtego wyjazdu tym razem plan wycieczki został opracowany bardzo starannie ;-). Zakładał on niestety wczesną pobudkę i już około godziny 8 rano byliśmy na lotnisku w Modlinie. Lot do Loserpoolu bezproblemowy, o ile można o takim mówić lecąc w towarzystwie Pawła. Wszędzie widział jakieś usterki, odpadające skrzydła czy samego Cyrusa „Wirusa” :-D. Woody jest mistrzem w sianiu wątpliwości, co do ostatecznego powodzenia lotu, no ale co się dziwić, skoro za każdym razem widzi za sterami studenta lub osobę, która właśnie zdaje egzamin na pilota… :-). W Liverpoolu przemieściliśmy się do centrum na cokolwiek do jedzenia jakiś obiad, po czym planowo ruszyliśmy pociągiem do Newcastle. Na miejscu byliśmy jakoś po 19tej czasu miejscowego. Cały dzień w podróży. To potrafi zmęczyć każdego a przed nami była jeszcze droga do hotelu – tradycyjnie pod górę, jak wszędzie w Newcastle ;-). Szliśmy, szliśmy i gdy już czekaliśmy na tabliczkę oznajmiającą… koniec miasta udało się dotrzeć do hotelu. Na miejscu zastaliśmy bardzo przyjemnie warunki. Czysty pokój, 2 łóżka, toaleta w pokoju. Jedyne, do czego można było mieć uwagę, to nieszczelne okna, przez co w nocy towarzyszył nam odczuwalny chłód w pokoju. Na koniec dnia posiedzieliśmy jeszcze trochę w tzw. TV roomie, gdzie poznaliśmy innego gościa hotelu – Marka, który okazał się być fanem… Evertonu ;-).

Sobotę zaczęliśmy od mielenia plastikowego jedzenia w pyskach tradycyjnego English Breakfast. Każdy wie o co chodzi ;-), nie trzeba nikomu polecać ;-). Przed meczem postanowiliśmy zrobić wszystkie zakupy, by potem na spokojnie wybrać się na mecz. Jeśli chodzi o samo spotkanie to każdy widział. Pierwsza połowa wyborna, szybkie prowadzenie 2:0, po czym w przerwie Pomidor napierdolił w szatni głupot i na 2 połowę wyszła zupełnie inna drużyna. Skończyło się na 2:1, choć do remisu wiele nie brakowało. Inna sprawa to skuteczność „Mitro”. Gdyby choć jeden strzał zamienił na bramkę o wynik nie trzeba byłoby drżeć do 96(!) minuty spotkania. Po meczu mieliśmy czekać na Pomidora zawodników, ale zdecydowaliśmy się na podróż do… Sunderlandu ;-). Po wizytcie na Stadium of Light (nazwa myli, było ciemno jak w dupie… czarnego kota) pozostały pamiątkowe zdjęcia przy bramie z herbem klubu ;-). Jednak najciekawsze miało dopiero nadejść. W drodze powrotnej nastąpił zmasowany atak… kanarów. Zabawa w ciuciubabkę z kanarami zakończyła się na drugim opuszczeniu kolejki… Ileż można było wysiadać co stację i mijać tych samych kanarów? ;-P. Kupno biletu stało się niuniknione :-/. Wykończeni wróciliśmy do miasta, by zwycięstwo „Srok” świętować w „Ciao Italia” (niedaleko stadionu), gdzie byliśmy obsługiwani m.in. przez… polską kelnerkę. Moja radość szybko minęła, gdy okazało się, że piwo, które właśnie piłem kosztowało 3,5 funta o_O… Na koniec dnia tradycyjnie posiedzieliśmy w TV roomie, gdzie o meczu i nie tylko porozmawialiśmy z sympatycznym Markiem. Do rozmowy przyłączył się też niezły model – Matteo z Bolonii, który swoim barwnym angielskim (put it down, put it up,  took to the table etc.) sprawiał, że… nie wiedzieliśmy o czym mówi ;-P. Cóż za akcent… Perfect.

Niedziela to czas powrotu do rzeczywistości Polski. Ostatnie zakupy i pociąg do Edynburga a więc bardzo dobrze przetarty szlak powrotny. W Edynburgu na lotnisku już nie siedzieliśmy tylko na „przylotach” (jak kiedyś) ;-), ale – nawiązując do wspomnianej na początku relacji wyprawy na Cardiff – i tak o mały włos byśmy nie wrócili ze Szkocji o czasie. Woody niechcący „zagubił” swoją kartę pokładową i losy lotu na moment stały się niepewne ;-). Na szczęście w dobie internetów i smartfonów jakoś sobie poradziliśmy i szczęśliwie dotarliśmy do Krakowa. Stamtąd pozostało nam jedynie wrócić do Warszawy blablacarem, który o dziwo prowadziła… dziewczyna piłkarza ręcznego rep. Polski Jakuba Łucaka (nazywanego z uporem maniaka przez portal gazeta.pl „Łuczakiem”) ;-). Po godzinie 3 w nocy dotarliśmy do domów i to był koniec naszego 3-dniowego wypadu do Newcastle.

Na koniec małe podsumowanie. Wyjazd tradycyjnie na duży plus. Kilka ciekawych przygód, tradycyjna wspinaczka po ulicach Newcastle a przede wszystkim 7 punktów w typerku zwycięstwo Newcastle United w meczu z West Ham, co było daniem głównym wyjazdu (inne potrawy były ledwo, ledwo strawne ;-P). Myślę, że cała wyprawa była zaplanowana bardzo dobrze – był czas na wszystko i nie trzeba było uwijać się, żeby coś tam nie uciekło nam po drodze, generując dodatkowe, nieprzewidziane koszty (jak ktoś potrafi zorganizować taki wyjazd taniej, to chętnie zapoznam się z planem waletowania). Podziękowania dla Pawła za wyjazd oraz Misialdo i DB Magpie za pomoc w zorganizowaniu całej wyprawy. Myślę, że tym razem odczarowaliśmy fatum, które wisiało nad nami od wyjazdu na Cardiff w 2010 roku ;-)

Division Warsaw on tour 2016


Pozdro z Newcastle :-)

nufc-whu

do meczu coraz bliżej, trochę zimno, ale czego nie robi się dla Damecika i spółki :-P


Peter Lovenkrands zakończył karierę

Nasz duński dynamit dał sobie spokój z bieganiem za piłką. Dla mnie będzie najbardziej kojarzył się z bramkami w meczu z Cardiff. Tak, tak, tego słynnego meczu, którego mieliśmy nie zobaczyć (pozdrowienia środkowym palcem dla PKP, krakowskiego przewozu osób i „hotelu” Trzy Kafki). Daliśmy jednak radę (chuj, że trzech bramek nie widzieliśmy, ale czy to ważne? ;-P). Jak wiadomo Newcastle strzeliło 5 bramek, ale tylko trafienia Lovenika przyszło nam obejrzeć. Bramka na 5:1 została uwieczniona moim sprzętem nagrywającym, choć trudno nazwać to coś filmem. Teraz lepsze obrazy nagrywa się kalkulatorami, nie mówiąc już o smartfonach, ale takie były czasy. Mimo lichej jakości można poczuć trochę emocji z tego meczu. Dużo wspomnień, wyjazd przypominał czasami film „Oszukać przeznaczenie” ;-).

Peter Lovenkrands – dzięki za wszystko!, moja produkcja full HD ;-)

 


Division Warsaw na meczu – Liverpool pokonany!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jedna z najlepszych i najbardziej szalonych wypraw do Newcastle właśnie za nami! Kto był nie powinien żałować. Piękna pogoda, mecz z Liverpoolem i wygrana 1:0! TO JEST TO!

Wyprawę zaczęliśmy od transportu z Warszawy do Krakowa. Droga zleciała niezwykle szybko – na tyle, że mijaliśmy sobie Grodzisk Mazowiecki, by za „moment” być już w Krakowie. Ach, jak te przesympatyczne dywagacje na temat wyższości (lub niższości dla niektórych) przewozu osób nad taksówką kradną czas ;-). W Krakowie tradycyjny kurs do Babci Maliny na ostatni normalny obiad tego weekendu (zawsze łudzimy się, że na miejscu w Newcastle będzie smaczniej inaczej, ale jest kurwa tak samo :-/) i przewozem osób (a jak!) na lotnisko. Tam dołączył do naszej grupy Łukasz i już w komplecie (po najważniejszym punkcie dnia – zakupach) można było pakować się do trumny ;-). Lot spokojny, na miejscu planowo, więc pod wypuszczeniu nas z samolotu szybko chcieliśmy ruszyć na miejsce naszego noclegu. Wychodząc z lotniska przechodził obok nas koleś „bardzo podobny do Gouffran’a”. Chcieliśmy, żeby zrobił naszej grupie zdjęcie, ale on po angielsku jeszcze mniej niż Eljot po niemiecku my, więc wszyscy stanęliśmy do zdjęcia. Efekt można podziwiać powyżej ;-). Po udaniu się na miejsce naszego piątkowego spoczynku padł pomysł, żeby – uwaga, niespodzianka! – iść nad morze ;-). Tam podziwialiśmy widoki, piękne krajobrazy, ale wszystko nocą :-D. Wracając zahaczyliśmy o lokal DEEP, żeby sprawdzić jak się angole bawią w Halloween. Zabawa była nie powiem, ale można było też źle trafić i dostać się w męskie objęcia :-D. Po imprezie (która zakończyła się… w trakcie) zaliczyliśmy trochę szwendania się po okolicy i dzień a raczej noc można było zakończyć.

Sobota to danie główne – mecz z Liverpoolem. Tuż po śniadaniu pojechaliśmy do centrum, żeby żyć atmosferą meczową. Siedzieliśmy w miarę blisko siebie na trybunach, więc można było swobodnie rozmawiać. Sam mecz nie porywał, pierwsza połowa w zasadzie odbyła się i tyle. W drugiej było już zdecydowanie lepiej a szczególnie, gdy objęliśmy prowadzenie po bramce cygana. Niektórzy zobaczyli swoje pierwsze zwycięstwo na SJP, więc okazja  do świętowania była podwójna jeśli nie potrójna ;-). Wraz z końcowym gwizdkiem można było zacząć celebrować 3 punkty. Na pierwsze miejsce obraliśmy sobie Bar Shearer’a. Tam szybko doszliśmy do wniosku, że najtaniej najlepiej będzie wracać do bazy. Jeszcze po drodze wykwintny obiadek w postaci przysłowiowej „pizzy” i ponownie zawitaliśmy na Whitley Bay. W międzyczasie Bartuś po polsku rozmawiał z kanarami w metrze, co wyglądało dosyć komicznie, bo kanar swoje po angielsku a Bartek swoje po polsku. Można? Można! W hotelu znów wszyscy spotkaliśmy się i zaczęliśmy oglądać ciuchy z Primarku… „rozmawiać” o emocjonującym meczu. To był dłuuuugi wieczór, ale taka okazja może się za szybko nie powtórzyć. Z Siwym nigdy nic nie wiadomo. Teraz może zacząć się seria porażek i nic na to nie poradzimy. Jednym słowem: głową muru nie przebijesz. Chyba że jest lichy…

W niedzielny poranek musieliśmy szybko uciekać na dworzec (łatwo nie było, oj nie było), ponieważ mieliśmy wykupione bilety na pociąg do Liverpoolu. Z krótkim przystankiem w Huddersfield jakoś około południa stawiliśmy się w mieście Beatlesów. Tutaj plan był krótki – jechać do dzielnicy Merseyside w celu zobaczenia stadionów Liverpoolu i Evertonu. Oczekiwania były spore, ale zakończyło się na zwiedzeniu klubowych sklepików i małego muzeum LFC a tam repliki Pucharu Mistrzów. Bramy na stadion pozamykane, więc trzeba było udać się w drogę powrotną do centrum miasta. Tam mieliśmy tzw. czas wolny na jakiś wypasiony posiłek i  zakupy – oczywiście tylko i wyłącznie w Primarku ;-). Wieczorem z marzeniami o polskim obiedzie najedzeni i obkupieni ruszyliśmy na lotnisko, aby wracać do domu. Warszawa przywitała nas około północy. To był koniec naszej wyprawy. Zwariowanej i szybkiej – nikt nie miał czasu, żeby się ponudzić.

Dzięki za wspólny wypad. Myślę, że będę go miał na długo w pamięci. Każdemu kto nie był szczerze polecam taką wyprawę. Jest tylko jeden warunek i nie jest to wcale dobry wynik meczu (choć to zawsze świetny dodatek). Receptą na fajny wyjazd jest ekipa, z którą będziecie na miejscu. To ludzie tworzą atmosferę a ta podczas tego wyjazdu była wyśmienita. Do następnego!

Division Warsaw on Tour 2014

jedyna bramka w meczu

wyjście piłkarzy na plac z naszego punktu widzenia

kilka zdjęć z wyjazdu