Tako rzecze prezes...

Poniżej mój artykuł wysłany na konkurs do Przeglądu Sportowego.  Na początek zaznaczam, że temat artykułu na blogu PS to wolna interpretacja autora konkursu. Ja swojego tekstu nie tytułowałem a ten, co jest brzmi trochę dwuznacznie. Od dawna wiadomo, że największą tragedią jest sam Siwy a że on nie jest i nigdy nie będzie częścią Newcastle to tym bardziej tytuł artykułu trochę mnie mierzi. No nic. Moja wina. Mogłem wysłać swój tekst razem z tytułem… Tym niemniej najważniejsza jest treść a ta akurat podoba mi się 😉

Gdy przeczytałem, że konkurs jest skierowany do fanów Premier League a konkretniej kibiców Newcastle United, pomyślałem sobie: cholera, jest nieźle… Ktoś pochylił się nad takim klubem jak Newcastle, gdy tuż obok mamy takie tuzy futbolu jak Manchester City, Chelsea, Arsenal i całą resztę utytułowanych zespołów z Wysp Brytyjskich. Czym zatem fani „Srok” zasłużyli sobie na takie wyróżnienie? Jeszcze 3 lata temu zespół Alana Pardew był swoistym kopciuszkiem ze statusem nowicjusza w najpotężniejszej lidze świata. Zespołem, który stylem staczał się na samo dno, aby ostatecznie w sezonie 2008/2009 spaść ligę niżej. Dla najwierniejszych fanów Newcastle (których nota bene w Polsce również nie brakuje) to był prawdziwy szok. Dla zespołu? Paradoksalnie było to piłkarskie katharsis. Pozwoliło odsiać piłkarzy sportowo wypalonych oraz znacznie obciążających klubowy budżet. Zostali ci, którym zależało i którym się chciało dlatego na efekty nie trzeba było długo czekać.

Imponujący styl w jakim udało się awansować do piłkarskiej elity na nowo obudził w fanach marzenia o starym, dobrym Newcastle toczącym zaciekłe batalie o mistrzostwo z samym Manchesterem United. Nowy rozdział w historii klubu wiąże się bez wątpienia z przyjściem na stanowisko menedżera Alana Pardew. Nie znam kibica, któremu dobro „Srok” leży na sercu, mówiącego wtedy: to dobra decyzja, mamy fachowca z prawdziwego zdarzenia! Umówmy się – nikt nie wierzył w umiejętności menedżerskie człowieka, który prędzej ufundowałby nam spadek z ligi niż skok w górę tabeli. Jak zatem ocenić pracę menedżera Newcastle? Pan Pardew jest w klubie już 3 lata (choć dla niektórych o 3 lata za długo) i warto dokonać analizy jego dokonań. Gdybym był złośliwy (a może szczery?) to napisałbym, że największym sukcesem Pardew jest sprzedaż Andy Carolla za niebotyczne – w porównaniu do umiejętności piłkarskich – pieniądze oraz… utrzymanie zespołu w najwyższej klasie rozgrywkowej.

Dlaczego tak surowo? Moja opinia (a także wielu fanów Newcastle) jest taka, że zespół pod wodzą Pardew nie ma stylu, nie potrafi utrzymać wysokiej formy przez dłuższą część sezonu a dobre wyniki – tu mam na myśli 5 miejsce na zakończenie sezonu 2011/2012 – to dzieło bardziej przypadku i wysokiej dyspozycji pojedynczych piłkarzy niż myśli taktycznej menedżera. Sukces, który Pardew dumnie wpisuje sobie w sportowe CV jest zasługą świetnej formy Demby Ba (znakomita pierwsza połowa sezonu) oraz zjawiskowo skutecznej gry Papissa Cisse w drugiej połowie kampanii 2011/2012. Niech symbolem tego, co działo się w tamtym pamiętnym sezonie będzie bramka Cisse na Stamford Bridge, kiedy to Senegalczyk zaprzeczając prawom fizyki (oraz taktyce Pardew) umieścił piłkę w bramce Cecha. Jeden dobry sezon wpleciony w ligową walkę o życie to nie jest szczyt marzeń dla wielu kibiców Newcastle United. Swoista taktyczna pustynia angielskiego menedżera oraz brak rotacji w składzie zakończy się kiedyś spektakularną tragedią, której symbolem stanie się – a jak! – Alan Pardew.