Derby dwóch rwących rzek

Artykuł o derbach Newcastle-Sunderland autorstwa Jarosława Kolińskiego. Źródło: http://funny-old-game.przegladsportowy.pl/2015/04/04/derby-dwoch-rwacych-rzek/

Alana Shearera nie wolno sadzać na ławce. Tym bardziej nie wolno tego robić przed najważniejszym meczem sezonu. W 1999 roku menedżer Newcastle Ruud Gullit nie miał jednak zamiaru przejmować się niepisaną zasadą i przed prestiżowym starciem z Sunderlandem wymyślił, że z kapitana zespołu zrobi rezerwowego, a w jego miejsce wstawi mało komu znanego Paula Robinsona. Kilka lat później jeden z angielskich dzienników napisze, że przekazując sędziemu kartkę z tak wypisanym składem, szkoleniowiec „nie dał mu protokołu meczowego, tylko deklarację, że ma zamiar popełnić samobójstwo”, ale w tamtym momencie kontrowersyjny trener naprawdę wierzył, że wszyscy mu jeszcze za tę decyzję podziękują. Nie podziękowali, bo Sroki przegrały 1:2 u siebie, a kilka dni później Gullit – niemal zlinczowany przez lokalne media i kibiców – zrezygnował z pracy.

Przegrali przez gwiazdy

Może gdyby chodziło o mecz z innym rywalem, Holender dalej prowadziłby zespół (choć już od dłuższego czasu nie dogadywał się ze swoimi zawodnikami). Klęski z Sunderlandem i – to na własne życzenie – nikt jednak nie miał zamiaru puścić mu płazem. Oprócz Shearera trener odstawił od wyjściowej jedenastki również Duncana Fergusona i nawet przez chwilę ten szaleńczy plan działał, bo gospodarze prowadzili 1:0. Później jednak wpuścił ich na boisko (najpierw Szkota, później Anglika) i wszystko się posypało, bo bramki zaczęły zdobywać Czarne Koty. – Pytacie, czy dobrze zrobiłem, sadzając ich na ławce, a nie zwracacie uwagi na to, że dopóki na niej byli, wygrywaliśmy – tłumaczył się później Gullit, sugerując, że to przez te dwie gwiazdy zespół zszedł z boiska pokonany. Shearer tę zniewagę zdusił w sobie, ale Ferguson na drugi dzień tak mocno zaczął kopać w drzwi gabinetu szkoleniowca w ośrodku treningowym, że wypadły z zawiasów. 90 procent kibiców w ankiecie przeprowadzonej przez lokalną gazetę zażądało natychmiastowej dymisja Gullita. Ich prośba została spełniona.

Wojna domowa

Niechęć między Sunderlandem a Newcastle wykracza daleko poza piłkę nożną. Rywalizacja miast położonych odpowiednio nad rzekami Wear i Tyne ma swój początek już w XVII wieku, kiedy podczas wojny domowej w Anglii starli się parlamentarzyści z rojalistami. Ci pierwsi, popierani przez mieszkańców Sunderlandu, buntowali się przeciwko królowi Karolowi I; drudzy, z którymi trzymali ludzie z Newcastle, pozostali lojalni wobec władcy. Od tamtych wydarzeń minęło 400 lat, ale kolejne pokolenia nie ocieplały swoich relacji z sąsiadami, tylko utrwalały dawne urazy. Przez wieki mieszkańcy znad Tyne nie mieli szans znaleźć pracy w Sunderlandzie, a ci znad Wear byli już na wstępie skreślani przez potencjalnych pracodawców w Newcastle. Zamieszkujący to drugie miasto są jednak w lepszej sytuacji. Newcastle jest uznawane za stolicę północno-wschodniej Anglii. Jest bogatsze i ma więcej do zaoferowania turystom. Posiada lotnisko międzynarodowe, czego sunderlandczycy mogą pozazdrościć. Jeśli chcą gdzieś lecieć, muszą jechać do znienawidzonego miasta. Gdy chcą się zabawić, również większy wachlarz rozrywek mają tam niż we własnym, o wiele brzydszym, mieście. Niechęć mieszkańców niekiedy ma odzwierciedlenie w absurdalnej formie – są w Newcastle ludzie, którzy nie jedzą bekonu, bo wyglądem przypomina koszulki Sunderlandu (biało-czerwone paski).


Tak Paolo Di Canio cieszył się ze zwycięstwa 3:0 nad Newcastle

Presja rodziny

Rywalizacja miast znajduje oczywiście swoje miejsce na stadionach. – I jest ona unikatowa. Jeśli w jednym mieście są dwa kluby, to zdarza się, że w rodzinie ojciec jest za jednym zespołem, a syn trzyma kciuki za kogoś innego. Tu taka sytuacja jest niemożliwa, ludzie są tak podzieleni, że osoby kibicujące Newcastle i Sunderlandem nie mogliby być ze sobą blisko. Moja siostra kiedyś zaczęła spotykać się z fanem Newcastle, ale szybko przestała pod presją rodziny – mówi Martyn McFadden, redaktor magazynu kibicowskiego Sunderlandu „A Love Supreme”. Stadiony obu klubów dzieli tylko 15 kilometrów. Nic dziwnego, że ich mecze to najważniejsze wydarzenie w sezonie. Sroki i Czarne Koty nie cierpią się, ale jednocześnie nie mogą bez siebie żyć, bo gdyby nie te boiskowe (niekiedy nie tylko) wojny i wojenki, trudno byłoby kibicom znaleźć w sezonie inne święto. Najbliższe miasto z jakimś poważniejszym klubem piłkarskim to Leeds, ale to ponad 150 kilometrów, poza tym zespół od dawna nie występuje w Premier League. By znaleźć rywala w ekstraklasie trzeba jechać jeszcze dalej – do Manchesteru. Lata 90. były jedynym czasem, gdy fani Newcastle sami już nie wiedzieli, czy ważniejsze są dla nich starcia z Manchesterem United, z którym Sroki walczyły o mistrzostwo, czy jednak Sunderland. – Kiedy zespół wygrywał za kadencji Kevina Keegana zrobiliśmy ankietę, pytając kto jest naszym najgroźniejszym rywalem: Sunderland czy MU? Zdania były podzielone. Ale to były inne czasy, teraz z powodu tego, że oba kluby nie walczą o najważniejsze trofea znów derby Tyne-Wear są najważniejsze – twierdzi Mark Jensen, pracujący na stronie internetowej themag.co.uk, dedykowanej sympatykom Newcastle. Ostatni raz poważne trofeum ekipa z St James’ Park zdobyła w 1969 (Puchar Miast Targowych), a zespół ze Stadium of Light w 1973 (Puchar Anglii).

Atak na konia

Atmosferę meczów derbowych w północno-wschodniej Anglii poczuł na własnej skórze Kamil Wrzesień, jeden z liderów polskich fanów Newcastle United, skupionych w grupie „Toon Army Poland”. Polak był na słynnym spotkaniu w 2013 roku (3:0 dla Sunderlandu), podczas którego ówczesny menedżer Czarnych Kotów Paolo Di Canio z radości jeździł kolanami po murawie, nie przejmując się, że jest ubrany w garnitur. Mecz został zapamiętany również ze zdjęcia, na którym widać jak wściekły pseudokibic Newcastle atakuje policyjnego konia. – Wysoka porażka sprawiła, że część kibiców Newcastle jeszcze przed końcem meczu opuściła trybuny, czekając na wychodzących kibiców Sunderlandu przed stadionem. Takiej złości dawno nie widziałem. Kibice za nic mieli sobie obecność policji – wspomina w rozmowie z „Meczem” Wrzesień, który twierdzi, że generalnie kibice Newcastle czują swoją wyższość nad sąsiadami. – Jesteśmy świadomi tego, że Newcastle jako miasto i klub jest zdecydowanie poza zasięgiem Sunderlandu. To czuć na każdym kroku w Newcastle. Ludzie szczycą się, że są stąd, że kibicują drużynie. Na dowód tego na ulicach, w oknach domów manifestują swoje przywiązanie do barw klubowych i to kłuje w oczy odwiecznych rywali. Mówię to nie tylko z perspektywy piłki nożnej, ale w ogóle życia. Od 2008 roku co roku jestem na jakimś meczu Newcastle w Premier League, więc miałem okazję wielokrotnie rozmawiać z kibicami, by poznać ich punkt widzenia – dodaje polski fan.

Popchnięty bramkarz

Podczas meczów Newcastle – Sunderland praktycznie nigdy nie jest spokojnie, do większego lub mniejszego incydentu zawsze musi dojść. Zagrożeni mogą czuć się nie tylko kibice, ale również zawodnicy i menedżerowie. W 2001 roku podczas spotkania na Stadium of Light 17-letni chuligan wbiegł na murawę i popchnął bramkarza gości Steve’a Harpera. W 2014 roku tym razem antybohaterem był kibic Newcastle, który sfrustrowany wynikiem (Sroki przegrywały 0:3) przebiegł przez boisko, by menedżerowi Alanowi Pardew osobiście oddać karnet, sam nie mając zamiaru więcej przychodzić na stadion. Za największą wojnę między dwoma zespołami uznaje się starcie 1990 w półfinale play off o wejście do First Division (odpowiednik dzisiejszej Premier League). W pierwszym meczu na stadionie Sunderlandu padł bezbramkowy remis, ale w rewanżu na wyjeździe Czarne Koty wygrał 2:0 i awansowały do finału. Kiedy gola na 2:0 strzelił Marco Gabbiadini, fani Srok wbiegli na murawę, licząc, że mecz zostanie anulowany i rozegrany jeszcze raz w innym terminie. – To było dziwne uczucie. Zdobyłem bramkę, która dała nam awans na Wembley, byłem więc w euforii. A za chwile musiałem w popłochu uciekać do szatni. Na szczęście tam dowiedzieliśmy się, że nie ma żadnego niebezpieczeństwa, że będziemy musieli grać od nowa – wspomina Gabbiadini. Sunderland przegrał później finał ze Swindon, ale i tak w następnym sezonie zagrał w Premier League, ponieważ rywale zostali zdegradowani do trzeciej ligi za przekręty finansowe. Władze Newcastle były oburzone nieoczekiwaną promocją Sunderlandu, ponieważ uważały, że skoro po sezonie zasadniczym były w tabeli trzy pozycje wyżej od sąsiadów (Newcastle – 3., Sunderland – 6.), to Sroki powinny zagrać w elicie.

Powód do prowadzenia wojny zawsze się, jak widać, znajdzie.

4 komentarze do wpisu „Derby dwóch rwących rzek”

Dodaj komentarz