Spotkałem niedawno Michała Pola, i gadamy o tekstach w „Przeglądzie”, który on ma zadanie ratować. Powiedziałem, zgodnie z prawdą, że teksty nudne, ale że niezły jest, według mnie oczywiście, Dziekan, Petro, i ten chłopak od Kowalczyk, Parfjanowicz. Ale zaskoczenie – tekst, który wzbudził moje największe zainteresowanie, to Mielcara o Wuju.

W skrócie – że wuj to chuj, a taki sir Bobby Robson to klasa i szacuneczek.

Hm, Grzesiu, jakby ci to powiedzieć, zamilknij.

Gdyby nie Wuj, to byś się kopał w głowę na wsi. Jak twoi wszyscy koledzy.

Natomiast Bobby? Akurat wiem jak było z twoim transferem. Robson, jak przystało na Anglika z nazwiskiem zaczynającym się Ro, kilka dni dmuchał i łykał i przyjmował, a ty strzelałeś gole w meczu – w którym wszyscy obrońcy przeciwnika zechcieli nagle grać na boku, i patrzyli na strzały z przewrotki. Poszła duża kasa, też dla ciebie.

No więc nadawać na człowieka, który pomógł w życiu, a wychwalać gościa, który tylko chciał zarobić parę groszy bokiem – to dla mnie świństwo.

Ja się z tym spotykam na okrągło. Moi wychowankowie to zwierzątka, które lepiej by się nie odzywały. Poza jednym wyjątkiem.

A sir Bobby wygrał sto razy mniej niż jego tłumacz w Porto, niejaki Mourinho. Jak tak go wspominam to zasłynął jedynie najbardziej debilnymi wypowiedziami na Wyspach (Bobby, nie Jose). Choć jedna była mądra:

Czasami 0:0 to dobry wynik.

Kawałek felietonu z wiadomej strony. Tym razem coś nie weszło wyszło. Za dużo alkoholu? Za mało rozumu? Coś pomiędzy…